Dzień pierwszy: zaczynanie czegoś nowego
Cały świat mówi o szczęściu. Cały świat pisze o szczęściu.
Cały świat szuka szczęścia. Ale tak naprawdę, o co nam wszystkim chodzi w tym
całym zamieszaniu?
Kiedy próbuję myśleć o momentach, w których
byłam/jestem/będę szczęśliwa, to nie potrafię na sto procent stwierdzić, że to
z tego, a nie z innego powodu. Niektóre powody każą mi myśleć ‘Kurde, serio?’.
Może nie chodzi o to, żeby szukać, tylko żeby znajdować. I dlatego zamierzam
znajdować. Zaczynając od dzisiaj.
Chociaż akurat Walentynki to może średnio trafiony termin.
Albo w sumie dobry jak każdy inny. Chociaż nie jestem specjalnie fanką. Ani
specjalnie optymistką. Ale po co płakać nad swoim marnym losem, skoro wcale nie
jest taki marny, jak by się mogło wydawać?
Co do systematyczności, też słabo. Odechciewa mi się dość
szybko. A 365 dni to dość, wbrew pozorom, sporo. O co mi chodzi? Już tłumaczę
.
365 dni szczęścia to pomysł, który chodził za mną już jakiś
czas. Kiedy czułam się szczęśliwa, bo w czytanej książce czułam się jak w domu.
Kiedy się obudziłam, a za oknem leżał śnieg zamiast wczorajszego błota. I przy
różnych innych okazjach. Pomyślałam sobie pewnego dnia ‘A może warto popatrzeć
z tej strony?’. No to start, patrzę.
Przez 365 spróbuję patrzeć. Na szczęście. Na każdy powód do
szczęścia. Codziennie inny, choćby się wydawał absolutnie idiotyczny. Bo albo
zaczniemy być szczęśliwi, albo utopimy się w czarnej rozpaczy, której, nie
oszukujmy się, nie brakuje. A lepiej być szczęśliwym niż nie być.
To nie ma być żadna terapia, ani żadne podobne bzdury. Nie
naczytałam się poradników i nie naoglądałam motywacyjnych filmów w internecie.
Po prostu, jak nie teraz, to kiedy?
Dzisiaj, w pierwszym dniu tego mojego małego eksperymentu,
szczęście to początek. Zaczynanie czegoś, co może być pierwszym krokiem w nowe
życie. A może nie być. Ale jak się przekonamy, jeśli go nie zrobimy?
Komentarze
Prześlij komentarz