Dzień drugi: TA Książka


To, co pani czyta, jest na dalszą metę bardziej decydujące aniżeli to, kogo pani poślubi, ma chère madame.

Drugi dzień z rzędu daję radę, niezły wynik jak na początek. Wiedziałam, że moja chorobliwa miłość do książek prędzej czy później się tu zwerbalizuje, chociaż nie sądziłam, że już drugiego dnia.
Książki były w moim życiu zawsze. Pierwszą, którą pamiętam, że przeczytałam był ‘Mały Książę’ ( do którego dzisiaj mam stosunek niespecjalnie przychylny). Niewiele rzeczy jest w stanie wzbudzić we mnie takie emocje, jak książka. Dobra książka, chociaż były i takie, do których zapałałam szczerą nienawiścią już od pierwszego zdania, przez każde następne czując, jak kolejna moja szara komórka popełnia samobójstwo z rozpaczy. Nikt mi nie wmówi, że czary nie istnieją, bo ksiązki są najlepszym dowodem na to, że to bzdura. Zabierają Cię w podróże, przenoszą w czasie, przedstawiają niesamowitym ludziom i wzbudzają uczucia, o których nie miałeś pojęcia, że w ogóle mogą istnieć. I to jest czyste szczęście.

Ale przychodzi taki dzień, kiedy odkrywasz TĄ Książkę. I to, co zaczynasz czuć jest nieporównywalne z niczym. Z NICZYM.

Tak poczułam się dzisiaj, po przeczytaniu ostatniej strony historii o Panu Perdu i jego utraconej ukochanej. Od razu zaznaczam, że gardzę namiętnie klasycznymi romansidłami, w których rozhisterysowana parka jest jedynym celem i treścią. Lawendowy pokój zdecydowanie taki nie jest. To mądra i dobra książka, książka o podróży, którą trzeba odbyć, żeby móc w ogóle dalej żyć po tym, jak wszystko, co nadawało życiu sens, okazało się tylko wspomnieniem. O miłości, która nie musi mieć tylko jednej twarzy, nawet jeśli tak nam się wydaje. O przyjaźni, której nikt się nie spodziewa, a bez której nawet najmniejsza przeciwność mogłaby się okazać nie do pokonania. I o winie, a wino jest super.

Zważywszy na konieczność czytania przeważnie na czytniku ebooków (względy finansowe, jak w tym kraju ma być dobrze, skoro książka kosztuje więcej niż pół litra wódki?!), Lawendowy pokój również trafił do mnie w postaci kilkubajtowego pliku. Ale kiedy dostaniesz tyle szczęścia, tyle radości, smutku, melancholii, ciekawości i wielu, wielu innych, wiesz, że to jest coś, co musisz mieć. Kiedy odłożyłam mojego Ebookowego przyjaciela pomyślałam, że to książka, którą chcę mieć. Zawsze. W torebce. Choćby mój kręgosłup miał mnie za to znienawidzić. Chcę ją czytać fragmentami i w całości jeszcze wiele razy. Trzymać ją przy poduszce i patrzeć na okładkę z uśmiechem porozumienia. Szukać w niej pocieszenia i śmiać się z Maxa, pisarza w nausznikach. Otworzyć wino i poczuć zapach lawendy.

Czasem my połykamy książki. A czasem one połykają nas. I nie ma nic lepszego, co mogłoby się przydarzyć.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień trzeci: Pościel

Dzień pierwszy: zaczynanie czegoś nowego